17.05. 2008 - V Bieg Rzeźnika Bieszczady. 

„Bieg Rzeźnika” już z nazwy kojarzy się z zawodami określonej grupy zawodowej pracującej w przetwórstwie mięsnym uganiających się po bieszczadzkich bezdrożach z tasakiem w ręce za swoimi przyszłymi ofiarami …. Przemierzając kolejne kilometry dzikich ostępów, grzęznąc miejscami po kostki w lepkim błocie, zadawaliśmy sobie niejednokrotnie pytanie czy jesteśmy oprawcami czy też ofiarami, choć sądząc po „świńskim” truchcie nabrałem pewnych przypuszczeń co do naszej roli w tej grze…

Trasa biegu prowadziła czerwonym szlakiem bieszczadzkim z Komańczy do Ustrzyk Górnych gdzie na zmienionej nieco trasie o długości 78 km rywalizowało 105 dwuosobowych drużyn. Trzódka klubu META Lubliniec składała się z 3 urodziwych świnek i 6 dorodnych knurów. Godzinę startu wyznaczono na 3:50 rano, a więc na taką porę kiedy nawet kogut przewraca się na drugi bok w kurniku. Człowiek nie wie czy iść spać i kiedy, a jak już zaśnie to musi wstawać o 3 w nocy gdyż „świniobus” dowożący na start z Woli Michowej do Komańczy nie będzie czekał na spóźnialskich. Jest ciemno, chłodno i wilgotno. Prawie nikt się nie rozgrzewa bo i po co, trzeba wszak zanieść jeszcze worki z rzeczami do przebrania na mecie do wyznaczonego auta i czekać na umowny wschód słońca. Trasa to temat do oddzielnej relacji ale były zarówno chwile takie, w których słychać było radosne pochrumkiwanie i takie choć częstsze gdy słychać było ciche kwiczenie… Ogólnie trasa ciekawa i trudna raz z pięknymi widokami i słońcem, a raz z zamglonymi szczytami i łachami śniegu na szczytach w oddali. O ukończeniu wyścigu decydowało zarówno dobre przygotowanie kondycyjno-psychiczne jak i dobre zgranie zespołu, gdyż drużyna była tak silna jak najsłabsze jej ogniwo. Pierwsze 3 zespoły to tzw. „Charty wśród trzódki” pędzące tak, że aż zakręcone ogonki się prostują. Chociaż nie wszystkim udało się uratować swój schab przed Rzeźnikiem to jednak nie ma tutaj przegranych i nikt zapewne takim przegranym się nie czół. Jednym po prostu zabrakło czasu, a innym partnera, który by pociągnął chociażby za ryjek do przodu.

Impreza godna polecenia tym, którzy lubią wyzwania, wędrówki po górach i bezdrożach oraz możliwość przekonania się czy jest się „zwierzęciem stadnym” w warunkach wzajemnej rywalizacji.

Organizacyjnie i logistycznie pomimo małych potknięć chociażby z numerami startowymi, które pod wpływem wilgoci zachowywały się niczym bibuła i małym zamieszaniem z depozytem na mecie - bez zarzutu. Na przepakach ludzie znający się na rzeczy, uprzejmi i profesjonalni. Wszystko podane, uzupełnione napoje, batony, bułki i nawet ptasiego mleczka nie zabrakło i to dosłownie. Zakończenie dla odmiany późno o 22:30 przy ognisku kiełbasce i napojach, bez fajerwerków nagród pucharów itp. Nagrody to głównie prestiż i satysfakcja plus gliniane medale dla wszystkich i specjalne okolicznościowe kamionkowe talerze dla zwycięzców. Chociaż trzeba jechać na przysłowiowy koniec świata warto przenieść się w zupełnie inną czasoprzestrzeń bez samochodów i całego tego zgiełku otaczającego nas na co dzień, gdzie rolę supermarketu pełni mały sklep rodem z innej epoki, a dzień wyznacza wschód i zachód słońca. PS. Wszelkie podobieństwo do ww. parzystokopytnych jest całkowicie przypadkowe, a osoby urażone użytymi porównaniami przepraszam i wyprzedzając ewentualne protesty przyznaję,że sam zachowałem się jak świnia, jak dzika świnia… (na wszelki wypadek przepraszam również wszystkie świnki, te dzikie również…)
Wyniki:
Krzysztof Szwed – WKB Meta Lubliniec
Zdjęcia: Aneta Ząbczyńska
Strona organizatora: www.biegrzeznika.pl
|